Bronisław Sieczko: Aula

Noc z 5 na 6 października 1971 r., podczas której bracia Jerzy i Ryszard Kowalczykowie wysadzili aulę Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu, wspomina Bronisław Sieczko, ówczesny student opolskiej WSP, współorganizator Studenckiej Agencji Fotograficznej. 
– To była zimna i mglista noc. Waletowałem w „Mrowisku” u Romka i Adama, kumpli z Wałbrzycha, którzy byli wtedy na praktykach pedagogicznych. Ja, jako że byłem na dziekance, nie miałem praktyki i pracowałem w Spółdzielni Studenckiej. Wybuch był tak silny, że wstrząsnął całą okolicą, a mnie postawił od razu na nogi. Skoczyłem do okna. W miejscu auli rozszerzała się chmura cementowego kurzu, z której wylatywały deski i kawałki dachu. Ponieważ nie było światła, ubrałem się po omacku w przygotowane na jutro do pracy brudne ciuchy i popędziłem ratować.
– Plac przed uczelnią zasłany był gruzem i szkłem, a wszystkie okna w zasięgu wzroku wybite. Przez okno dostałem się do hallu. Po zaściełającym podłogę szkle i gruzie kręciła się zszokowana portierka, powtarzając w kółko: Co się stało, co się stało? Przez chwilę próbowałem ją uspokoić, ale się nie dało. Przez kurz i gruz pobiegłem po schodach na piętro, zobaczyć, co z aulą. Wcześniej wiele razy w dzień i w nocy przebiegałem bezpiecznie te schody, jako że ciemnia naszej Studenckiej Agencji Fotograficznej mieściła się wtedy w klitce pod schodami na Wydziale Matematyki, Fizyki i Chemii. Ale nie tym razem. Na najwyższym stopniu potknąłem się o coś i poleciałem naprzód. Ledwo zobaczyłem się oczyma duszy roztrzaskanego o gruz piętro niżej, jak wylądowałem twarzą w pyle i szkle na tym samym poziomie. Okazało się potem, że wybuch był tak silny, że podniósł podłogę pierwszego piętra, oderwał ją od ciągu schodów i utworzył jakby nowy stopień, o który się właśnie potknąłem. Dużo ostrożniej przedostałem się za zakręt. Drzwi do auli i okien naprzeciwko nie było, wybuch wydmuchnął je na zewnątrz. Przez wyrwaną framugę zajrzałem do środka. W słabym świetle nocy zobaczyłem rozmiar zniszczeń: podłoga od sceny pod balkon i od drzwi do okien zapadła się i utworzyła lej, na którego dnie leżały połamane siedzenia. Nad lejem, na środku stropu widniała dziura o średnicy 6 – 8m, w której majaczyły niezniszczone stalowe elementy konstrukcji dachu. Ponieważ nie było ognia ani dymu, a rozmiar zniszczeń przekraczał wcześniejsze moje wyobrażenia, nie byłem potrzebny jako ratownik.
Obudził się we mnie reporter. Przedostałem się do Fizyki, po omacku wziąłem aparat, flesz i filmy. Naszym podstawowym sprzętem reporterskim był wówczas znakomity polski Start 66 i radzieckie Zenity. Lampy błyskowe mieliśmy radzieckie. Miały one wprawdzie zasilacze na baterie, ale te były stale zepsute. Ponieważ flesze dawały się ładować na jeden błysk z normalnych gniazdek z prądem, wystarczały we wnętrzach i tak ich używaliśmy. Wróciłem do hallu, gdzie, na razie na zewnątrz, zaczynali się gromadzić pierwsi gapie. I tu się zorientowałem, że nici ze zdjęć, bo przecież w całej okolicy nie ma prądu. Po chwili uświadomiłem sobie, że gdzie jak gdzie, ale w szpitalu prąd być musi. Jakieś osobne kable czy generatory. Popędziłem do szpitala na Katowickiej. Wprawiłem w przerażenie skupione w gromadkę i ostrożnie komentujące zajście pielęgniarki.
Wyobraźcie sobie: wybuch, awaryjne światła, a tu wpada zakurzony, kudłaty facet i wrzeszczy: Gdzie tu jest gniazdko?! Załadowałem flesz i wróciłem na uczelnię. Zrobiłem zdjęcie pierwszych odważnych w hallu. Zaskoczyło mnie trochę odzienie ludzi. Studenci ubrani byli różnie, jak kto co wymacał po ciemku. A dziewczyny jakby się wcześniej umówiły albo przewidziały wybuch – wszystkie w pikowanych pastelowych podomkach i w wałkach na głowach. Niektóre nawet w zalotnych chusteczkach. Zrobiłem zdjęcie pełnych grozy twarzy i popędziłem naładować flesz. Wróciłem, zrobiłem zdjęcie. I zorientowałem się, że takim sposobem to ja za dużo zdjęć nie zrobię, nie dożyję. Na szczęście zaczęli się zjeżdżać ratownicy. Pierwsza była straż pożarna. Nie mieli daleko, bo wtedy straż mieściła się w starych budynkach na rogu Katowickiej i Ozimskiej, tam gdzie teraz jest w wieżowcu sklep z winem. Młodego, nieco zdezorientowanego dowódcę przekonałem, że bez światła to oni nic nie zdziałają i najlepiej, żeby to było 220 V. Chyba mieli ze sobą generator, bo już za chwilę wstawili do hallu reflektor, a ja mogłem z wozu strażackiego ładować flesz i dalej robić zdjęcia.
Coś mnie chyba tknęło, bo po paru klatkach zwinąłem niedokończony film, włożyłem do kieszeni jakiejś nieznajomej dziewczyny i przykazałem: „Schowaj, nikomu nie mów, jutro mnie odszukaj”. Założyłem nowy film, zrobiłem jedno zdjęcie i okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła. Były już następne służby: na błysk flesza dopadło mnie od razu trzech cywilów. Jeden łapał mnie za ubranie, drugi za aparat, a trzeci pokazywał legitymację. Przypomniałem sobie rok 68, wygłosiłem im tekst o eksterytorialności uczelni i oświadczyłem, że tylko rektor jest tu władzą. Akurat na szczycie schodów, w miejscu, które wcześniej wyczyściłem sobą, zobaczyłem rektora w otoczeniu uczelnianych notabli i jakichś obcych mężczyzn. Wlokąc tych trzech za sobą, przedarłem się na górę, wyjaśniłem kim jestem i co robię, i że mi zabraniają. Rektor obejrzał moje towarzystwo, powiedział udręczonym głosem: „Panie, niech pan teraz nie robi zdjęć” i wrócił do swoich. Powiedziałem swoim prześladowcom, że jak słyszeli, mam nie robić zdjęć, więc nie będę i próbowałem czmychnąć. Nie udało się, zabrali mi film, a mnie zanotowali. Zresztą już pojawiły się służby mundurowe i pogoniły nas daleko poza teren uczelni.
Nazajutrz rano przyszedł mieszkający na stancji szef naszej Agencji, Leszek Skubela. Mieliśmy przecież robić cotygodniowy serwis, który w każdą niedzielę rano wieszaliśmy w gablocie przed stołówką. Uczelnia była obstawiona szczelnym kordonem milicjantów i normalnie nie dało się wejść. Przekonaliśmy dowódcę, że wybuch wybuchem, ale my musimy działać, a do tego potrzebujemy sprzętu. Pozwolił nam pójść do ciemni, ale dał obstawę. Tak długo ładowaliśmy filmy, zbieraliśmy aparaty i flesze, że nasz stróż się znudził i poszedł sobie. Skorzystaliśmy z okazji i zrobiliśmy parę zdjęć wnętrza auli. Przy najbliższej okazji wywołaliśmy ten film i film, który oddała mi nieznajoma studentka i zrobiliśmy kilka odbitek. Wszystko to Leszek na wszelki wypadek zaraz wywiózł do rodzinnego domu. Niestety, podczas kolejnych przeprowadzek i remontów filmy i wglądówki zaginęły.
Następne co pamiętam, to ratowanie książek. Pod całą aulą mieścił się magazyn główny biblioteki uczelnianej. Wybuch porozwalał regały z książkami, porozsuwał ściany, a na wszystko spadła podłoga auli. Uzbrojeni w stalowe hełmy, wypożyczone ze Studium Wojskowego, wyszarpywaliśmy spomiędzy gruzów i potrzaskanych desek tomy i podawaliśmy przez dziurę po wybuchu na zewnątrz. Nieraz oberwało się w łapę albo i w łeb cegłą, albo deską. Tuląc do siebie uratowane tomy, dziewczyny biegły przez deszcz do okien sal wykładowych naprzeciwko, aby książki przez okno przekazać do segregacji i oczyszczenia pracownikom biblioteki. Oj, gdybyśmy wtedy wiedzieli, co było przyczyną wybuchu (oficjalnie to był wybuch gazu) i gdyby się tam znaleźli ci prawdziwi patrioci, co teraz wieszają Kowalczykom medaliki i tabliczki, a chcą stawiać pomniki! Dowiedzieliby się, co studenci myślą o terrorystach, którzy niszczą książki i aule uczelniane. Niezależnie od szczytności ich pobudek.
Nadeszła wiosna. Aula została wyremontowana jeszcze piękniejsza niż przedtem. Znów mogły się odbywać inauguracje, doktoryzacje i inne imprezy uczelniane. A także kabaretony festiwalowe, giełdy piosenki studenckiej i koncerty zespołów muzycznych. A także imprezy różnych instytucji z zewnątrz. Aula była bowiem wtedy jedną z ładniejszych i bardziej reprezentacyjnych sal w Opolu. Urządzenie w niej uroczystości, choćby to był zjazd spółdzielni mleczarskich, nobilitowało od razu i sam zjazd, i całą spółdzielczość. Na wszystkich rogach budynków zawisły ohydne lampy rtęciowe, nie można było wchodzić na uczelnię o dowolnej porze bez specjalnej przepustki. Nie mogliśmy już, wracając wieczorem z akademika, nabierać spod kotłowni do torby węgla, którym pani na stancji paliła nam w piecu, bo przecież nad węglem też była lampa. Ale jedno było dobre: wyrzucono nas z ciemni pod schodami. Za to dostaliśmy duże pomieszczenie z oknem i wodą bieżącą w Mrowisku. PO ŻEŃSKIEJ STRONIE! Nowo wybudowany Spójnik był w całości akademikiem żeńskim. A Mrowisko, w ramach walki o studencką moralność, podzielone było na stronę męską i żeńską, oddzielone ścianami na każdym piętrze i czujną portierką w hallu. Ponieważ proporcje płci co roku się zmieniały, ściana na III piętrze była zbudowana z płyt wiórowych i desek, żeby ją można było przestawiać w zależności od potrzeb. Oficjalna jej nazwa brzmiała: „ściana cnoty”. Ściana po zbudowaniu była natychmiast przez studentów deflorowana, a na krzesłach po obu stronach siedziały po nocach pary, żeby choć poszeptać i potrzymać się za palec. Odwiedziny były oczywiście dozwolone, ale co drugi dzień i trzeba było zostawiać dokument portierce. Dlatego, jak się komuś udało przedrzeć na żeńską stronę bez zostawienia dowodu, to robił nazajutrz nieobecności na zajęciach, po dwóch dniach schodził jakby nigdy nic, a portierce tłumaczył, że właśnie przed chwilą wszedł po książkę, a dowodu nie zostawił, bo chyba pani musiała gdzieś wyjść. A myśmy mogli do woli i o każdej porze! Oj, przybyło nam wtedy kandydatów na członków SAF-u.
Ktoś mnie zaczepił i ostrzegł: Bronek, za tobą chodzą. Zawsze byłem trochę ciamajdowaty, więc się oczywiście nie spostrzegłem. Ale kiedy ładnego popołudnia szliśmy w parę osób Grunwaldzką, zdjąłem marynarkę, wywróciłem na lewą stronę i ubrałem. A od którejś z dziewczyn pożyczyłem różowy beret i wcisnąłem na głowę. Na ich zdziwione i rozbawione spojrzenia odpowiedziałem: Ciii, za mną chodzą, muszę się przebrać! Chodzili. Nazajutrz zostałem zwinięty, zawieziony do tego budynku, co się mieści po drugiej stronie ulicy od poczty głównej i posadzony przed biurkiem. Kulturalnie, bez wrzasków, bicia, lamp w oczy. Żadnego per „ty”, straszenia sądem czy prądem. Ale dobrze, że siedziałem, bo już pierwsze pytanie zwaliłoby mnie z nóg: Skąd wiedzieliście, że był wybuch? Spróbowałem wytłumaczyć. A skąd wiedziałem, żeby się ubrać w robocze ciuchy? A ja, że jak był wybuch, to może trzeba ratować w brudzie i dymie, a wtedy eleganckie ubranie jest niewskazane. A gdzie wtedy mieszkałem? Ja, że u kumpli w akademiku, ale nie powiem gdzie, żeby nie mieli kłopotów. A oni, że wiedzą, tylko chcą potwierdzenia. No to niech powiedzą, a ja potwierdzę. Wiedzieli. I tak to trwało przez trzy dni po parę godzin. W pewnym momencie któryś sięgnął do szuflady biurka, położył przede mną parę kawałków kabla i zapytał z chytrą miną: Co to jest? Ja, że przewód elektryczny, pojedyncza linka miedziana w igelicie, na oko 1,5mm kwadrat, wykończenie maskujące. Skąd wiecie? Ja, że każdy od dziecka ma do czynienia z kablami, a ja dodatkowo w zawodówce, technikum i na Wydziale Fizyki WSP w Opolu. A czy umiecie robić wybuchy? Umiem. No, to od razu zrobiło się ich więcej i jakby bardziej szamerowanych na pagonach. Gdzieście się nauczyli? Ja, że w zawodówce i technikum górniczym w Wałbrzychu, a także w Studium Wojskowym WSP w Opolu. W końcu mnie puścili. Kazali tylko przynieść to ubranie, w którym byłem po wybuchu, w celu zbadania mikrośladów. Do dzisiaj mi nie oddali, a mogliby, bo mam do niego stosunek sentymentalny: rudy sweter mama sama zrobiła na drutach, brązowe spodnie z elany też mama uszyła, a także naszyła potem na przetartym tyłku łaty, na które skóra pochodziła z teczki, którą nosiłem do podstawówki przez siedem lat. Że o kultowych butach welurowych z fabryki w Krapkowicach nie wspomnę.
Tak zakończyła się moja przygoda z aulą. Aha! Była jedna śmiertelna ofiara wybuchu. Tego wieczora w auli miał próbę teatr studencki. Ostatnim, który gasił światło i zamykał drzwi na godzinę przed wybuchem, był szef teatru. Odnośne służby tak długo ciągały go na przesłuchania, że nie wytrzymał i się powiesił. A jego dziewczyna mało nie oszalała. Koleżanki chodziły za nią wszędzie przez parę tygodni, pilnowały, żeby sobie czegoś nie zrobiła.
Bronisław Sieczko

Wspomnienia zostały opublikowane w piśmie Uniwersytetu Opolskiego – „Indeks”. Numer 9-10, 2012r.